czwartek, 27 września 2012

Z rozmyśleń przy śniadaniu.


Te chwile kiedy przenika mnie wszechogarniające wewnętrzne ciepło. 
Kiedy w moim sercu dotykane są struny o których istnieniu nie miałam pojęcia.
Kiedy subtelność przeważa gruboskórność.

Chodzilibyśmy na długie spacery podczas każdej pełni księżyca. 
Pilibyśmy kakao i wspieralibyśmy się w czasie bitew na poduszki. 
Masowałbyś mi stopy i uspokajał głosem szalone pomysły.
Słuchalibyśmy piosenek i patrzyli sobie w oczy. 
Trzymalibyśmy się za dłonie i opowiadali o dziwnych snach. 


Huśtawki.
Ach te huśtawki.


Kto znajdzie w tym wszystkim sens, skoro ja nie mogę go odnaleźć.


sobota, 22 września 2012

Tu miłość trzyma się na ślinę a szczęście o włos.

Po tygodniu pełnym niewyjaśnionego stresu i niepokoju nastał dzień, szczególny dzień kiedy jej ciało odetchnęło z ulgą i niesamowitym spokojem. 
Ten spokój wypełniał ją od środka, jak nadzienie wypełnia ciasto i nadaje mu smakowity i esencjonalny smak. Miała w sobie totalny luz, jej głowa była posprzątana tak jak by jedna decyzja wpłynęła na to, że ten dzień był taki szczególny. Słuchała muzyki do której wcześniej miała wielki sentyment ale w tym dniu nic, zupełnie nic nie było sentymentalne. Tak jakby zmieniła zeszyt i zaczęła uzupełniać nowy. Jakby postawiła kropkę na końcu zdania i zaczęła pisać nowe. Tak ! Wszystko ociekało nowością. 
Z tym, że nie miała w sobie ciekawości małego dziecka które chcę odkrywać co znajduje się w najwyższej szufladzie w kuchni, nie chciała natykać się na ostre noże i tępe widelce.
Była jakby trochę zawieszona. 
Została jej jeszcze tylko jedna niewyjaśniona sprawa. Ale o dziwo nie spędzała jej ona snu z powiek i nie powodowała drżenia rąk.
Podchodziła do niej tak bardzo egoistycznie, nie przywiązując wagi do tego co stanie się potem. Wiedziała czego chcę i wiedziała, że tak będzie.

I w jednej chwili jej totalny luz zmienił się w totalny brak panowania nad sobą.
Miało być inaczej. Przecież wiedziała, że to NIC. 
Życie postawiło przed nią kolejny dowód na swoją nieprzewidywalność.
Pluła sobie w twarz. 

I w jednej chwili miała szczęście w swoich ramionach. Albo szczęście miało ją ramionach. 
Otuliło ją i obezwładniło swoim szaleństwem. Bo przecież to było czyste szaleństwo ! 
Było ciepłe i bezpieczne. Było tak bardzo cudowne, że nie mogła uwierzyć. Ta chwila była zupełnie inna niż wszystkie chwile tego szczególnego dnia. 

Szczęście. 

Mogła je mieć, mogła je poczuć. 
Zapach szczęście ogarniał nią tak bardzo, że kiedy już je opuściła wciąż czuła to ciepło w żołądku i wszechogarniający NIEPOKÓJ.



wtorek, 18 września 2012

Domek z kart.

Mieszkam w domu z kart, nietrwała konstrukcja, słabe ściany zupełnie nieodporne na wstrząsy.
Karta na karcie, karta przy karcie.
Bezsenne noce spędzone przy jednej słabej i drugiej słabej i trzeciej i czwartej ścianie, dają moim esencjonalnym myślą pełnych niewypowiedzianych słów i emocji których najsilniejszy mięsień w organizmie nie jest w stanie udźwignąć, upust.

Kiedy wyobrażam sobie, że zasypiam, choć tak naprawdę nie zasypiam, jestem tak daleko od wszystkiego.
Unoszę się, efektowny start. Fikołek i długa droga w dół.
Upadki bolą.
Kiedy okazuje się, że moje myśli zabrnęły tak daleko, zapadam w głęboki sen.

Wznoszę się wysoko..wierzchołki drzew stają się moim chodnikiem, ziemia jest tak daleko - jest taka mglista i nieobecna.

Przenikam przez chmury i obłoki.

Moje ociężałe ciało traci na wadze. Jestem piórkiem !
Łaskocze po uszach smutne twarze.
Moje szeroko otwarte oczy, zaciskam w zamknięciu i nieobecności.

Jeden.. Dwa.. Trzy... 

Powietrze MOCNO uderza w klawisze tworząc głośne dźwięki.
Ktoś mnie woła. Głośno ! coraz głośniej.
Muszę wracać. Nie chcę. W krainie nieobecności jest dużo bezpieczniej.
Spadam energicznie w dół. Czuje swoje spuchnięte łydki, moje dłonie haczą o wierzchołki drzew, ranią mnie. Przedzieram się przez nieistniejące okno. 
Uderzam głową o puszystą poduszkę.
Nietrwała konstrukcja z kart rozsypuje się.
Przygniata mnie, przybija mnie, ukrywa mnie, zabija mnie.


czwartek, 13 września 2012

"Będę walczyć tak długo aż któregoś dnia powiem sobie skromnie - wszystko czego chciałam dziś należy do mnie!"

Zmyłam makijaż, dokładnie przecierałam oczy wacikiem nasączonym płynem do demakijażu, pilnując żeby żadna drobinka tuszu nie dostała się do oka i nie spowodowała bólu. Później obficie oblewałam twarz świeżą wodą. Następnie peelingiem z grubszymi i drobniejszymi ziarenkami starłam martwy naskórek z mojej twarzy. Każda moja por została dokładnie oczyszczona ze wszelkich zanieczyszczeń.
Na sam koniec nałożyłam grubą warstwę kremu nawilżającego żeby moja twarz wyglądała i czuła się zjawiskowo. 

Czerwonym lakierem do paznokci pokryłam płytki pazurków u stóp. Włosy potraktowałam gorącą lokówką , tworząc na głowie niesforną burzę loków, loczków i lokusiów. 
Włożyłam obcisłą czarną sukienkę, nogi obciągnęłam pończochami i uraczyłam je wysokimi i nad wyraz wygodnymi szpilkami. Na twarzy namalowałam sobie uśmiech a oczy wzbogaciłam o zniewalające spojrzenie. 

Wystrojona i spodziewająca się cudów, wyszłam na spotkanie z rzeczywistością. 

Mam wrażenie, że moja dusza też potrzebuje gruboziarnistego peelingu i grubej warstwy nawilżającego kremu. Potrzebuje oczyszczenia każdego jej zakamarka i ubrania ją w zjawiskową świeżość.

Bliskie spotkania z rzeczywistością, choć czasem trudne i nieprzyjemne uświadamiają nam, że bałagan w naszym pokoju odzwierciedla się bałaganem w naszym życiu. 

Dlatego czasem warto zabrać się za OSTRE porządki.

Ja zaczynam teraz a Ty ?


wtorek, 4 września 2012

NIEZAPOWIEDZIANA.

I tak przyszła do nasz taka niezapowiedziana. Bez wcześniejszego uprzedzenia, bez JAKIEGOKOLWIEK uprzedzenia. Wleciała do naszego życia jak zagubiona osa do mieszkania, wlatuje przez okno i nie może uciec i meczy się aż w końcu umiera śmiercią tragiczną przez zamach gazetą. Tylko, że ona być może nie wleciała przypadkowo. Nie snujmy, że umrze śmiercią tragiczną albo naturalną. Może będzie żyć długo. 
Nic nie wskazywało na to wszystko.  NIC A NIC.
Omotała nas, nie zajęło jej to długo. 
Nawet się nie obejrzałam. 

Nigdy nie zwracałam uwagi na swoją wycieraczkę. 
Nigdy nie spojrzałabym na nią w taki sposób jak dziś.
Nigdy nie wiedziałam czy jest szorstka czy miękka, czy kolorowa czy brzydka i brudna.
Codziennie przechodzę depcząc ją. 
Zimą kiedy jest na dworze szaro i błoto wdziera się wszędzie wycieram o nią brudne buty. Jest ze mną praktycznie codziennie, kiedy wychodzę i kiedy wracam do domu.
Ale ja nie zwracam na nią uwagi. 

Tak samo jest z ludźmi.

Codziennie mijają się. Mieszkają obok siebie, ale się nie widzą.
Nie myślą o sobie, nie zwracają na siebie uwagi. 
Aż w końcu przychodzi taki moment, że wszystko na świecie się sprzymierza żeby oni w końcu mogli się dostrzec. Tak samo jak jak ja dostrzegam ile moja wycieraczka daje porządku w moim domu.
Tak samo oni muszę dostrzec się w końcu, w końcu chociażby miał być to zatłoczony tramwaj czy chodnik czy skwarny dzień czy deszczowa plucha. Muszą się w końcu spotkać.
Muszą poddać się cholernemu przeznaczeniu. 
Żeby w ich życiu nastał porządek i ład. 


"Źle czy dobrze, okaże się później. Ale trzeba działać, śmiało chwytać życie za grzywę. Wierz mi, malutka, żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się.."
-Andrzej Sapkowski, 'Czas pogardy'

sobota, 1 września 2012

Twoje oczy lubią mnie i to mnie zgubi

Szła spokojnie przez przemoczone alejki parku, nad jej głową rozlegała się wielka szara otchłań.
Zmoczona trawa jest dużo bardziej atrakcyjna od tej przesuszonej. Dlatego też uważała deszczowe dni za bardziej atrakcyjne od tych w których słońce nie daje odpocząć. 
Cieniutkie paski sandałów oplatały jej szczupłe stopy a niewygodna podeszwa aż kusiła żeby je zdjąć.
Maleńkie kropelki deszczu spadały na jej zupełnie proste włosy czyniąc je artystycznie niełożonymi, jej twarz promieniała bardziej niż zwykle a jej uśmiech był bardziej szczery. 
Zdjęła sandały i teraz boso wolnymi krokami stąpała po atrakcyjnie świeżej trawie, ta świeżość ją pochłaniała, zupełnie w całości. Uwielbiała spacery w deszczu, lubiła kiedy krople drążyły na jej ciele ścieżki niczym rzeczki w górach. Zamykała oczy i wystawiła twarz na ulewę. 
Sukienka w którą była ubrana przemokła zupełnie, deszcz wdarł się wszędzie czyniąc ją najszczęśliwszą na świecie. Deszcz był jak uczucie, uczucie które stopniowo przenikało warstwa po warstwie aż dochodziło do skóry, działo się tak kiedy wychodziła i wiedziała, że będzie padać. Wtedy była na to przygotowana. Lubiła ten stan. W każdej chwili przecież mogła skryć się pod wielkim drzewem i to przerwać.

Ale istnieje jeszcze jeden rodzaj deszczu.
To taki kiedy wychodziła z domu nie na spacer ale w jakiejś ważnej sprawie, wystrojona w szpilkach i pięknym upięciem na głowie. Kiedy była zestresowana i nie interesowało ją nic po za tą ważną sprawą.
W czasie kiedy nikt by się tego nie spodziewał, kiedy w dzień intensywnie prażyło słońce i nagle bezchmurne niebo zamieniało się w kłęby ciemnych i bezlitosnych chmur, które miały ochotę obdarować wszystkich intensywnym prysznicem.  Deszcz zaskakiwał ją wtedy kiedy w ogóle się tego nie spodziewała, bez żadnych ostrzeżeń. Ten rodzaj deszczu uwielbiała najbardziej ze wszystkich. Krople deszczu bezlitośnie przenikały przez jej ubrania docierając szybko do skóry, tak jakby warstw w ogóle nie było. Rozpuszczała wtedy idealnie ułożony kok zdejmowała buty i tańczyła w deszczu cała przemoknięta od czubka głowy aż po szczupłe stopy. 
Poddawała się tej chwili bez zastanowienia. Nie myślała nawet o schronieniu się gdzieś, chociaż mogła.
Taki deszcz który spadał na nią niespodziewanie smakował jej najbardziej delektowała się każdym takim deszczem, nie zważając na późniejsze przeziębienia.

Tak samo jest z miłością. Czasem możemy się przygotować na nią i pozwolić żeby przenikała nas powili i stopniowo warstwa po warstwie i w każdej chwili możemy powiedzieć stop chowając się pod ogromnym drzewem albo uciekając do domu. 
Innym razem uczucie zaskakuje nas znienacka i uderza do naszego serca i głowy i żołądka od razu bez wcześniejszych znaków. Chociaż możemy się chować i uchronić przed tym, nie chcemy. Pragniemy żeby przenikało nas, bardziej i bardziej. Nawet jeśli później długo wysychamy..